Po pierwsze, żeby złapać wspólny mianownik — dla nas tydzień w Bangkoku to o wiele za długo. Kiedy już zeszliśmy wszystkie popularne targi, zjedliśmy street foody, a smog i upał zaczął nas dobijać, daliśmy miastu jeszcze jedną szansę guglujac hasła typu najciekawsze miejsca w Bangkoku. I tak właśnie trafiliśmy do hotelu Atlanta, gdzie czas się zatrzymał. Dosłownie. Wybudowany w 1952 roku hotel szczyci się tym, że ma najstarsze w mieście, niezmieniane od budowy hotelowe lobby. W ogóle był to pierwszy hotel w stolicy Tajlandii mający basen i plenerowe kino. I podobno w latach 50tych i 60tych wszystkie ważne osobistości przybywające do Tajlandii, zatrzymywały się właśnie tam, wliczając Królową Matkę, innych członków brytyjskiej rodziny królewskiej, dyplomatów itd. Jego założyciel, Max Henn urodził się na terenach dawnych Prus Wschodnich, czyli mniej więcej dzisiejszej Warmii i przybył do Tajlandii w latach 30tych, gdyż jako antynazista uciekał z Niemiec. Jest przedstawiany jako człowiek orkiestra, doktor, chemik, agent służb specjalnych, dziennikarz, nie do końca wiadomo czy to wszystko prawda czy urban legends, ale jego sylwetka w hotelu jest mocno wychwalana.
Obecnie, to co jest główną różnicą między tym obiektem, a innymi hotelami to podejście do klienta. To ono sprawiło, że poczuliśmy się jak w prawdziwym filmie, bardziej niż samo vintegeowe wnętrze. No bo serio, jak często trafiacie do hotelu gdzie właściciel robi wam oprowadzanie, przez kilka godzin opowiada historię swojej rodziny i na koniec zaprasza na kolację na koszt firmy? Nie sądzę, żebysmy jeszcze kiedyś tak trafili, naprawdę czuliśmy się jak w filmie, a scenografia dodatkowo robiła robotę.
Charles Henn, obecny właściciel, twierdzi że Atlanta ma silne poczucie własnego stylu, tożsamości i charakteru. I nie idzie na kompromisy, przez co, nie jest prowadzona jako typowy biznes. Widać to od razu po witających na progu napisach i regulaminie hotelu: "The Atlanta does not welcome sex-tourists, bar-girls or rent-boys. The Atlanta is sleaze-free. No exeption. No discussion. No apology." lub "Complaints not permitted. Not at the prices we charge".
Pokoje nie mają telewizorów, ale za to na parterze jest czytelnia dla gości i kolekcja kaset video (!) Na ścianach sa oprawione wycinki z gazet, opisuące to niewykłe miesce oraz zbiór książek, w których pojawia się wątek Atlanty, lub które zostały tutaj napisane - podobno dawiej wielu pisarzy korzystało ze spokojnej przestrzeni Altanty, aby tworzyć tu swoje dzieła. Basen i ogród - tak, one są nadal najlepsze, mimo widocznego starzenia się, mają w sobie ten klimat i robią wrażenie. No i jeszcze dwa psy, kot i żóltw jako ekipa na stałe mieszkająca w hotelu. Czy może być coś bardziej w stylu Wesa Andersona?





































podoba się? daj nam o tym znać :)